Dzisiaj jest czwartek, 22 czerwca 2017 r.
Transodra Online
Rocznik Chojeński
Znajdziesz nas na Facebooku
„Gazeta Chojeńska” numer 51-52 z dnia 22.12.2015

Prezentujemy tu wybrane teksty z każdego numeru.
Wszystkie artykuły i informacje znajdują się w wydaniu papierowym.
Życzenia świąteczne
Wyglądało groźnie
Gminne finanse
Czego warto bronić?
Starosta i burmistrz o służbie zdrowia
Obrazy i megality
Z sercem i gustem
Nowe Horyzonty Tournée w Gryfinie
Ciepło i sucho
Niemiecka wigilia w Polsce
Sport

Czego warto bronić?

W mijającym roku Europą wstrząsnął trwający wciąż kryzys uchodźczy. Choć problem ten z różnych przyczyn nie dotknął Polski w takiej skali, jak np. Niemiec czy innych krajów zachodnich oraz południowych, to wywołał jedną z największych debat publicznych ostatnich lat, a w pewnej mierze stał się także katalizatorem zmian, które nastąpiły na scenie politycznej w czasie tegorocznych wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Najogólniej rzecz ujmując, przedmiotem owej debaty jest kwestia pomocy uchodźcom: czy Polska (lub szerzej: Europa) powinna, a jeżeli tak, to w jakim zakresie, przyjmować uciekających przed pożogą wojenną migrantów z Bliskiego Wschodu. Co pewien czas spór ten ujawnia się również w naszym regionie – zwłaszcza w kontekście ośrodków dla osób starających się o azyl, które powstają w przygranicznych niemieckich miejscowościach. Uchylając się od szczegółowego referowania przebiegu debaty, chciałbym odnieść się do jednego z głównych argumentów wysuwanych przez „sceptyczną” stronę sporu – postulatu obrony przed światem muzułmańskim chrześcijańskiej Europy, chrześcijaństwa jako religii oraz ogólnie pojętej cywilizacji Zachodu.


Europa pluralistyczna
Należy wpierw zauważyć, że o stricte chrześcijańskiej Europie można dziś mówić jedynie w odniesieniu do średniowiecza, kiedy odwołania do tej religii przenikały wszystkie aspekty życia – nie tylko w sferze prywatnej, ale również publicznej i państwowej. Dodawanie tego przymiotnika, gdy mówimy o kulturze europejskiej w obecnym kształcie, jest natomiast anachronizmem. To prawda, że z chrześcijaństwa wywodzi się m.in. współczesna idea jedności kontynentu i tkwią w nim korzenie systemu etycznego jego obywateli. Jak zauważył jednak celnie Krzysztof Pomian: „Chrześcijaństwo było pierwszym i najważniejszym wychowawcą mieszkańców Europy (…) Nie znaczy to, jakoby Europa była chrześcijańska. Fundamenty są ważne, bo na nich opiera się budynek, ale budynek to znacznie więcej niż tylko fundamenty” („Europa i jej narody”, Gdańsk 2009).
Współcześnie mozaikę kulturową kontynentu wraz z chrześcijanami współtworzą przecież na równych prawach – co warto podkreślić – także przedstawiciele wielu innych systemów wierzeń, w tym żydowskiego, muzułmańskiego czy buddyjskiego. To, że są oni w mniejszości, nie znaczy, że można ich pominąć. Tym bardziej że najistotniejszą cechą Starego Kontynentu wydaje się być obecnie jego świeckość w wymiarze państwowym: „Oddzielenie religii od polityki – tu głos oddaję znów Pomianowi – stanowi jedną z [jego] wartości konstytutywnych”. Przestrzeń, w której żyjemy, nie może więc być definiowana przez jakąkolwiek religię, ponieważ jej nadrzędną właściwością jest pluralizm, który dotyczy wyznawanych wierzeń i wartości, kultywowanych tradycji i posiadanych poglądów. Ograniczenie tego pluralizmu, które nastąpiłoby w wyniku zamykania się Europy na wybrane grupy kulturowe, oznaczałoby upadek jej najważniejszej idei. Czy byłoby wówczas jeszcze czego bronić?


Chrześcijaństwo ośmieszone
Osoby sceptycznie nastawione do kwestii udzielania pomocy uchodźcom często twierdzą, że europejskim chrześcijanom grozi bliżej nieokreślona islamizacja, która będzie niejako skutkiem ubocznym przyjmowania arabskich migrantów. Że przybywający tu muzułmanie rychło zakwestionują chrześcijański system wartości, a kościoły zamienią w meczety. Szkopuł jednak w tym, że europejscy chrześcijanie bardzo sprawnie sami się dechrystianizują. I nie chodzi tu bynajmniej o pustoszejące świątynie, bo – jak wiadomo – można utożsamiać się z chrześcijaństwem, jednocześnie nie uczestnicząc w obrzędach. Nie chodzi nawet o przestrzeganie ewangelicznego przykazania miłości bliźniego. Problem jest o wiele głębszy, a dotyczy recepcji głównego przesłania Chrystusa, które obrazowo można określić jako prymat ducha nad ciałem i z którego wywodzą się wszelkie dalsze konsekwencje nauki Nazarejczyka. „Chrześcijaństwo traci cały swój sens historyczny, moralny i religijny w momencie, gdy zapomni się o tej najważniejszej idei: że wszystkie wartości doczesne są tylko względne i drugorzędne (…). Czy to najprostsze i naiwne przykazanie Jezusa, tyle razy ośmieszane, jest już przeżytkiem? Czy zasługuje na pogardę?” – pyta Leszek Kołakowski w swym znakomitym, wydanym pośmiertnie, eseju „Jezus ośmieszony” (Kraków 2014).
Tymczasem my – syci europejscy chrześcijanie – tkwimy w półśnie pośród swych bezpiecznych siedzib, otoczonych „granicami śmierci”. Od czasu do czasu spoglądamy stamtąd na przymierający głodem Trzeci Świat – głównie w poszukiwaniu taniej siły roboczej, która pozwoli nam jeszcze bardziej się wzbogacić. Z letargu wyrywają nas niekiedy zamachy dokonywane bezczelnie w naszych pysznych stolicach. Jesteśmy wówczas święcie oburzeni i potrafimy bardzo szybko wskazać i ukarać sprawców. Tego, że w mniej medialnych częściach globu takie zdarzenia są niemalże na porządku dziennym i że w dużej mierze jest to również naszą „zasługą”, zdajemy się nie dostrzegać. Gdy nadchodzi moment krytyczny i nie da się już odwrócić wzroku, by uniknąć konfrontacji z wykrwawiającymi się przybyszami z „gorszego świata”, traktujemy ich jak plastyczną masę, którą można dowolnie formować, ujmować w kwoty, rozdzielać i upychać. W końcu to nie kto inny, tylko my wymyśliliśmy sprawny system zarządzania „zasobami ludzkimi”. „Czyż nie jest tak, że nasza rozpaczliwa zachłanność, ciągle rosnąca spirala potrzeb, nasze oczekiwanie, iż wszyscy nie tylko mamy prawo, by mieć coraz więcej wszystkiego, ale rzeczywiście mamy coraz więcej – że to wszystko doprowadziło nas do punktu, w którym skumulowane napięcie spowoduje przerażającą katastrofę?” – pyta znów Kołakowski. Obyśmy potrafili obronić ideę chrześcijaństwa – przed nami samymi.


Gość w dom – Bóg w dom
To staropolskie przysłowie jest wyrazem pewnej dawnej tradycji – i to wcale nie tylko polskiej. Mimo że Polacy lubią chwalić się swą gościnnością, przypisując sobie jakąś szczególną sumienność w jej uskutecznianiu, to geneza tego obyczaju sięga jednak znacznie głębiej w przeszłość niż początki kraju nad Wisłą. Pojawił się on wśród ludzi wcześniej nawet niż chrześcijaństwo, prawo rzymskie i antyczni filozofowie. Od swego zarania ludzkość musiała bowiem mierzyć się z problemem obcości. Z jednej strony wytworzył się na tym gruncie mechanizm kozła ofiarnego. To naturalne czy wręcz instynktowne, że winnych szukamy zwykle poza sobą. Przykładów obwiniania – najczęściej zupełnie absurdalnego – obcych grup kulturowych czy etnicznych o jakieś niepowodzenia znamy z historii aż nadto. Wiemy też, czym się one zwykle kończyły.
Z drugiej strony – powstał wówczas obyczaj udzielania gościny obcym, do którego w późniejszych czasach dołączyła także tradycja azylu świątynnego. Na ślady ich istnienia natrafiamy w wielu źródłach starożytnych i średniowiecznych. „Prawo gościnności – pisze Rafał Zawisza w grudniowym wydaniu miesięcznika »Znak« – chroniło w przeszłości wędrowców, kupców, pielgrzymów czy banitów, wszystkich, którzy przekraczali granice znanego im świata. (…) Wędrowiec, kimkolwiek by był i w jakimkolwiek celu by się przemieszczał, zależał wówczas całkowicie od ludzi, których spotkał po drodze, od owego prawa, zobowiązującego do ugoszczenia nieznajomego”. Pięknym przykładem wypełnienia tej idei były przytułki – zwykle pod wezwaniem św. Gertrudy z Nijvel – przeznaczone dla podróżnych, pątników i włóczęg, które powstawały od drugiej połowy XIV wieku w wielu miastach kręgu hanzeatyckiego. Fundowane były przez mieszczan, którzy w ten sposób chcieli wypełniać biblijne przykazanie miłosierdzia wobec bliźnich. Instytucje takie istniały m.in. w Lubece, Gdańsku, Szczecinie czy Gorzowie. Pozostałości gotyckiej kaplicy, która towarzyszyła takiemu przytułkowi, znajdują się również w Chojnie.
Nietrudno zauważyć, że w obyczaju tym pobrzmiewa nuta przezorności – obcemu oferuje się gościnę, bo samemu można kiedyś zasmakować tułaczego losu. O tym zaś, że ów los nie zawsze bywa łaskawy, my – Europejczycy, Polacy – potrafimy jednak imponująco szybko zapominać. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że mieszkańcy naszego regionu, potomkowie osób, którym powojenne przesiedlenia nierzadko złamały życie, bez pardonu potrafią mówić o tym, że migranci z Bliskiego Wschodu dobrowolnie porzucają swe ojczyzny w celu islamizacji Europy?

***

Niebawem zasiądziemy do wigilijnego stołu, zostawiając tradycyjnie jedno nakrycie dla niespodziewanego gościa. „A co – zastanawia się przywoływany tu już Rafał Zawisza – jeśli puste miejsce oznacza, że zamiast czekać, trzeba wyjść obcym na spotkanie, by odnaleźć się w połowie drogi?” Jeżeli mamy poczynić jakieś kroki w celu obrony naszej cywilizacji, to może właśnie w tym kierunku?
Michał Gierke


Autor pochodzi z Chojny, jest absolwentem Akademii Sztuki w Szczecinie i archeologii na Uniwersytecie Szczecińskim. Doktorant US, autor artykułów z dziejów Nowej Marchii, sekretarz redakcji „Rocznika Chojeńskiego”, współpracownik portalu Transodra-Online.

do góry
2017 ©  Gazeta Chojeńska