Dzisiaj jest czwartek, 20 lipca 2017 r.
Transodra Online
Rocznik Chojeński
Znajdziesz nas na Facebooku
„Gazeta Chojeńska” numer 11 z dnia 14.03.2017

Prezentujemy tu wybrane teksty z każdego numeru.
Wszystkie artykuły i informacje znajdują się w wydaniu papierowym.
Absolutny rekord!
Sekretarz Szymborskiej w Chojnie
Patrz, z kim (i co) manifestujesz
List od Psijaciół
Trzcińscy twórcy znów z laurami
Sielawa dla Morzycka
Sport

Sekretarz Szymborskiej w Chojnie

Chojeńska biblioteka po raz kolejny stanęła na wysokości zadania i 8 marca gościła w swoich progach Michała Rusinka. Literaturoznawca, tłumacz i przede wszystkim wieloletni sekretarz Wisławy Szymborskiej spotkał się z licealistami, opowiadając im o sztuce retoryki, czyli o tym, jak wnikliwie słuchać i przekonująco mówić. Rusinek nie zanudzał młodzieży suchą gadaniną, tylko raz po raz przytaczał dowcipne anegdotki i odwoływał się do świata znanego nam na co dzień. Przykłady tłumaczył na reklamach, które zewsząd nas otaczają, kuszą i namawiają.


Obecnych na wykładzie, oprócz retoryki, ciekawiła także jego funkcja przy poetce. Zadano mu pytanie dotyczące jego książki „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej” – czy była ona rozliczeniem autora z przeszłością i dotychczasowym życiem oraz zajęciem, czy po prostu próbą pokazania światu noblistki w innych odsłonach. Dowiedzieliśmy się więc, że publikacja ta była potrzebna nie tylko miłośnikom poezji Szymborskiej, ale także samemu Rusinkowi, który dopiero dzięki jej napisaniu przeżył żałobę. Ponadto pamięć człowieka jest ulotna – spisanie anegdot, żartów, spotkań, ocali je od zapomnienia. Jedną z ciekawszych historyjek była rozmowa Andrzeja Wajdy z Szymborską, zaraz po przyznaniu mu Oscara. Pytał poetkę, o kim powinien nakręcić swój następny film. Jakie było jego zdziwienie, gdy ta odpowiedziała, że chętnie zobaczyłaby obraz o człowieku zwyczajnym, np. o gospodyni, która odgarnia zimą śnieg sprzed jej kamienicy. Wajda nie spodziewał się takiej odpowiedzi i nie dońca wiedział, czy poetka żartuje, czy mówi poważnie. Do tematu już nie wracali. Jakiś czas temu, na pogrzebie Wajdy Rusinek usiadł obok ich wspólnej znajomej. Opowiedziała mu, że zaprzyjaźniła się bliżej z reżyserem kilka miesięcy przed jego śmiercią i jego marzeniem było nakręcenie filmu o prostym, szarym, codziennym życiu człowieka. Nie zdążył.
Nam udało się zdążyć porozmawiać z Michałem Rusinkiem jeszcze przed jego spotkaniem z młodzieżą z chojeńskiego liceum.


„Gazeta Chojeńska”: - Jak to się stało, że znalazł się Pan w mieszkaniu Szymborskiej, przeciął kabel od telefonu i został jej sekretarzem?

Michał Rusinek: - Szymborską poznałem pół roku przed Noblem w moich ulubionych anegdotycznych okolicznościach. Założyliśmy ze znajomymi Klub Limerystów i na spotkanie zaprosiliśmy Szymborską. O dziwo, się zgodziła. Pamiętam, że zrobiła na wszystkich ogromne wrażenie takim luzem, dystansem, ilością wypalanych papierosów oraz poczuciem humoru. Później był już Nobel, więc ja w imieniu tego klubu napisałem do niej gratulacje z insynuacją, że to pewnie przez limeryki. A gdy już zostałem sekretarzem, to znalazłem ten swój list i bardzo serdecznie sobie na niego odpisałem. Druga anegdota dotyczy samego zatrudnienia. Przyjaciele Szymborskiej szukali dla niej sekretarza – to nie był żaden casting, ale - o ile wiem, oprócz mnie był jeszcze brany pod uwagę pewien dyplomata. Gdy zostałem zaproszony do niej do mieszkania w Krakowie przy ulicy Chocimskiej, działo się tam tyle rzeczy na raz, że spanikowana nie wiedziała co robić. Dopiero co skończyła rozmawiać z dziennikarzem, który także był w mieszkaniu, wciąż dzwonił telefon i byłem jeszcze ja. Ten nieszczęsny telefon był najbardziej natarczywy – dzwonił o każdej porze dnia i nocy. Na dodatek jego gniazdko było za meblościanką, której nijak nie można było przesunąć. Poprosiłem więc o nożyczki, przeciąłem kabel, a Szymborska na to: „Genialne!”. I tak zostałem zatrudniony. Po tym incydencie kupiłem aparat z automatyczną sekretarką, który przez długi czas odstraszał moim głosem wszelkich natrętów. W tym czasie byłem na studiach doktoranckich i imałem się różnych zajęć, a to miała być tzw. fucha na trzy miesiące. Szymborskiej się wtedy wydawało, że z Noblem pójdzie szybko: w październiku przyznają, w grudniu wręczają, a w styczniu będzie już spokój. Rzeczywistość okazała się jednak inna. (M. Rusinek był sekretarzem Szymborskiej przez 15 lat – przyp. red.)

- Towarzyszył Pan Szymborskiej podczas gali wręczania Nagrody Nobla, choć początkowo były inne plany.

- Miałem nie lecieć do Sztokholmu, tylko zająć się sprawami w Polsce. Tymczasem Polskie Linie Lotnicze LOT, które sponsorowały bilety gościom Szymborskiej, pomyliły się. Szymborska prosiła o dziewięć, a one dały dziesięć. Zadecydowała więc, że polecę. Tylko to nie było takie proste, ponieważ nie miałem zarezerwowanego hotelu ani wejściówki na bal, na dodatek w Szwecji nie ma czegoś takiego jak załatwianie czegokolwiek przez znajomego. Zostałem wpisany na listę rezerwową i czekałem. Ostatecznie dostałem miejsce w hotelu i mogłem uczestniczyć w gali. Na bankiecie, niestety, zabrakło miejsca przy stole literackim, gdzie siedzieli polscy goście, więc posadzono mnie z chemikami. Bawiłem się z nimi znakomicie. Wywiązała się między nami rozmowa na temat różnicy między Noblem literackim a naukowym i usłyszałem, że ten pierwszy jest bardziej nieprzewidywalny. Jak twierdzili chemicy, ktoś z grona przy ich stole w ciągu najbliższych dziesięciu lat na pewno Nobla dostanie. Sprawdziłem – nikt nie dostał. Ciekawy był również sam bal. Ja nie jestem fanem tańców, ale spodziewałem się czegoś wytwornego, np. walca. Zdziwiłem się bardzo, gdy usłyszałem po prostu covery znanych hitów.

- Pan przewoził medale?

- Szymborska poprosiła mnie, żebym je przewiózł – oryginał ze złota i duplikat. Miałem je w kieszonce marynarki. Gdy przechodziłem przez bramki, włączył się alarm. Opróżniłem kieszenie, pokazując ich zawartość strażnikom. Zrobiło to na nich ogromne wrażenie, bo stanęli na baczność i zasalutowali.

- Czytałam w Pana książce, że poetka wcale nie chciała, by przyznano jej Nobla.

- To nie było jej marzenie. Po pierwsze - ona nie pisała dla nagród, a po drugie - bała się, że będzie za bardzo rozpoznawalna i przez to jej ceniony do tej pory spokój zostanie zburzony. Poza tym jest coś takiego w Nagrodzie Nobla, że mówi się o niej „pocałunek śmierci”.

- Dopiero cztery lata po Noblu napisała kolejny wiersz.

- Cały ten szum spowodowany nagrodą ją także zastopował i dopiero po jakimś czasie zaczęła pisać. Stworzyła wtedy nie jeden wiersz, a dwa.

- Po śmierci Szymborskiej do życia została powołana fundacja jej imienia. Czym się zajmuje?

- Fundacja jest tworem samej Szymborskiej, powołanym jeszcze za jej życia. Akt testamentu pozwalał na szybkie działanie, dlatego zaczęliśmy funkcjonować zaraz po jej śmierci. Wręczamy nagrody za najlepszą książkę poetycką w dwóch kategoriach: pisanej w języku polskim i tłumaczonej na język polski. Przyznajemy także stypendium im. Adama Włodka, który był mężem Szymborskiej (w latach 1948-1954 - przyp. red.), ale również opiekunem Koła Młodych przy Związku Literatów w Krakowie. Mamy także fundusz zapomogowy wspierający pisarzy, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej. Jesteśmy jedynym spadkobiercą poetki, więc to my podpisujemy umowy na nowe książki. W zeszłym roku wydaliśmy korespondencję Szymborskiej z Kornelem Filipowiczem (drugim partnerem życiowym poetki - przyp. red.), a w tym ukażą się listy Zbigniewa Herberta i noblistki. Obie pozycje bardzo polecam.
Rozm. i fot. Marta Walkowiak

do góry
2017 ©  Gazeta Chojeńska