Dzisiaj jest poniedziałek, 28 września 2020 r.
Transodra Online
Rocznik Chojeński
Znajdziesz nas na Facebooku
„Gazeta Chojeńska” numer 29 z dnia 18.07.2006

Prezentujemy tu wybrane teksty z każdego numeru.
Wszystkie artykuły i informacje znajdują się w wydaniu papierowym.
Ku pamięci i przestrodze
Kultura NA MOŚCIE
Ponadgimnazjalne po naborze
Razem do wyborów
Bez biura paszportów
Z Chojny do Liberca (2)
Rewolucjoniści potrzebni od zaraz
Chojeński orzeł
Trudna przeszłość
Sport

Rewolucjoniści potrzebni od zaraz

Święto Doliny Dolnej Odry, które odbyło się 7-8 lipca w Widuchowej, było jak dotąd największą imprezą organizowaną przez OIP "Stary zagon". Przygotowania trwały od listopada. W tym czasie poczyniłam wiele obserwacji i przeprowadziłam liczne rozmowy z najróżniejszymi osobami. Cały ten czas jednak da się zamknąć w jednym słowie: osamotnienie. Najczęstszą reakcją na moje działania była obojętność, rzadziej niedowierzanie, czasem zniecierpliwienie czy irytacja. Zainteresowanie i zaciekawienie okazywała głównie strona niemiecka i kilka instytucji (np. RZGW czy Urząd Żeglugi Śródlądowej).

Czasami mam wrażenie, że żyję w kraju (a może regionie?), który niedawno nawiedziła okrutna wojna. Ludzie są zrezygnowani, zmęczeni, pozbawieni wiary, jakby ukradziono im wszystko i nie pozostało dosłownie nic, z czego można by się cieszyć.
W piątym numerze miesięcznika "Odra" Karol Modzelewski w artykule "Czy polityka musi być niemoralna?" napisał: "Gdy przyszło realizować program reform (w 1989 - przyp. SK), o którym jego autorzy sami mówili, że jest bolesny, to nie apelowali oni do społecznej odpowiedzialności, tylko do cierpliwości. Zaś cierpliwość jest pewną odmianą bierności". Tej bierności doświadczam na każdym kroku. Ktoś gdzieś coś zrobił tak czy tak i teraz ktoś gdzieś musi to naprawić. Trzeba czekać. Więc cała Polska czeka. Prawie jak w bajce o śpiącej królewnie. W międzyczasie oddajemy Polskę walkowerem. Ilu ludzi nastawia swoje dzieci, żeby szykowały się do emigracji, bo tu to już nic z tego nie będzie?!

Odra jest nadal słabo wykorzystywana przez nasze gminy do kształtowania swej tożsamości regionalnej, z którą mamy cały czas poważne problemy
W 26. numerze "Polityki" (z 1.07) Ewa Winnicka w rubryce "Na własne oczy" opisuje maleńką wieś Bisley w hrabstwie Gloucestershire w Wielkiej Brytanii. Czytamy tam: "W strukturze brytyjskiej administracji gminy takie jak Bisley nie mają żadnej mocy politycznej. Żadnego sołtysa ani mera. Mieszkańcy wybierają spomiędzy siebie radę, która dostaje pewne pieniądze z okręgu. Dzięki dofinansowaniu utrzymuje w czystości trawniki, place zabaw, publiczne toalety i ścieżki spacerowe. (...) W praktyce to duma z miejsca zamieszkania, a nie system polityczny powoduje, że na placu zabaw nie uświadczysz zardzewiałej puszki lub papierów po batonach. (...) Bierność i niedbałość (...) zabijają w człowieku obywatela". W Bisley na obcokrajowców patrzy się z niechęcią. Nie ze względu na ewentualne zabieranie miejsc pracy, tylko dlatego, że są oni (a zwłaszcza ci z bloku wschodniego) nastawieni na branie i nie respektują panujących tu zasad obywatelskiej odpowiedzialności.

Czy nam wstyd, że tylu ludzi wyjeżdża? Nie, bo to przecież nie nasza wina, że jest jak jest - to "oni" psują wszystko. Kto nie ma cierpliwości czekać, wyjeżdża. Wydaje się, że przy całym słownym szumie wokół patriotyzmu, nikt Polski nie szanuje. Zamiast o nią walczyć, ludzie wolą wyjechać za granicę lub przynajmniej wysłać tam swoje dzieci, bo ci, co zostają, to nie jacyś tam patrioci, tylko po prostu ludzie nienadający się do niczego. Nie potrafię tego zrozumieć! Gdzie są moi koledzy, nauczyciele, przyjaciele, znajomi sprzed 10-20 lat? Byli wspaniałymi, zaradnymi, pełnymi fantazji ludźmi, umiejącymi się śmiać pomimo kartek i octu na półkach. Czyżby przetoczyła się przez nasz kraj jakaś niedostrzeżona zaraza, zabijając wszystkie te cechy? Ja ciągle mam nadzieję, że da się jeszcze odnaleźć radość życia. Działam społecznie w nadziei, że znajdę ludzi, którym, jak i mnie, śni się rewolucja, budząca ludzi z letargu i wyrywająca ich sprzed telewizyjnych ekranów, gdzie oglądają cudze życie, zamiast je przeżywać samemu.

Nam wcale nie potrzeba jeszcze więcej telewizorów, samochodów, komórek, dvd itp. Potrzeba nam domów kultury, amatorskich teatrów, ludzi z gitarą, spotkań w klubie na pogadankach i ot tak sobie, wiejskich potańcówek i wspólnego śmiechu. Gdzie ich szukać? Jak ich znaleźć? Rewolucjoniści potrzebni od zaraz!
Saba Keller
(autorka jest przewodniczącą stowarzyszenia Ośrodek Inicjatyw Proekologicznych "Stary zagon" w Widuchowej)

do góry
2020 ©  Gazeta Chojeńska