Dzisiaj jest sobota, 29 lutego 2020 r.
Transodra Online
Rocznik Chojeński
Znajdziesz nas na Facebooku
„Gazeta Chojeńska” numer 35 z dnia 28.08.2007

Prezentujemy tu wybrane teksty z każdego numeru.
Wszystkie artykuły i informacje znajdują się w wydaniu papierowym.
Złożoność losów jest bogactwem regionu
Oświatowe zmiany
Chojna wśród liderów
Drogi: starosta jest optymistą
Bitwa o bitwę pod Cedynią
Tropem Wołodyjowskiego
Polsko-ukraińskie partnerstwo młodzieży
Boks w Chojnie

Bitwa o bitwę pod Cedynią

Polemika z artykułem Roberta Ryssa "Czy bitwa pod Cedynią była pod Cedynią?" (GCh nr 32-33)

"Dzieło, na które patrzymy, nie powstało z nienawiści. Zrodziła je miłość głęboka Ojczyzny (...), zrodziła je miłość i wdzięczność dla tych przodków naszych, co nie po łup, nie po zdobycz szli na pole walki, ale w obronie dobrej, słusznej sprawy zwycięskiego dobyli oręża (...). Pragniemy gorąco, by każdy Polak spoglądał na ten pomnik jako na znak wspólnej przeszłości, świadectwo wspólnej chwały, zapowiedź lepszych czasów, jako na cząstkę własnej, wiarą silnej duszy" (z przemówienia fundatora Pomnika Grunwaldzkiego Ignacego Paderewskiego, Kraków 1910)

Bitwa nie tylko w PRL-u
Z lokalizacją bitwy zawsze był problem, bo nie odnaleziono dotąd w źródłach bliższych wskazówek na ten temat. Według niektórych niemieckich historyków miała miejsce jakieś 100 km na zachód, w okolicach miejscowości Zehdenick. Ta teoria, gdyby miała być podstawą ustalania granic, mogłaby być dla nas bardzo kusząca (sic!). Ale po kolei.
Autor artykułu posługuje się fragmentami książki "Pomorze plemienne" prof. Jana M. Piskorskiego. Książki tej nie znam, nie jestem też zawodowym historykiem. Moja polemika odnosi się do publicystycznego sposobu, w jaki wykorzystał ją R. Ryss dla poparcia swoich tez.
Nieścisłe jest twierdzenie, jakoby "z przyczyn ideologicznych mit Cedyni wkrótce po 1945 roku okazał się użyteczny i zaczął żyć własnym życiem, odrywając się od podstawy źródłowej". Tradycja bitwy była żywa w całej polskiej historiografii. Pisało o niej wielu, a światowego formatu filozof historii prof. Feliks Koneczny tak: "Margraf Odon uzbroił wielką wyprawę na Wielkopolskę, ale Mieczysław był gotów do obrony i w bitwie nad rzeką Cydyna, w której dowodził drugi brat Mieczysława, Czcibor, ponieśli Niemcy straszną klęskę" ("Dzieje Ślązka", Kraków, UJ 1896). Zatem w tradycji przetrwała pamięć czy przeczucie o lokalizacji bitwy nad rzeką.
Otóż w latach 1945-56 wcale nie mówiono o bitwie w sposób naukowy. Szalał wówczas terror bolszewicki, dla którego właściwe dzieje świata rozpoczynały się od Komunistycznej Międzynarodówki. Z tej perspektywy historia katolickiej i "pańskiej" Polski nadawała się tylko do zniszczenia i zohydzenia, wypaczano ją też dowolnie na bieżące potrzeby brutalnej "walki klasowej". Dopiero po 1956 roku, gdy terror stalinowski zelżał, a przywódcy partyjni podjęli próby stopniowego uniezależnienia od ZSRR, zaczęto w sposób naukowy badać polską historię oraz uprzystępniać ją społeczeństwu, jak np. Paweł Jasienica. Badania i prace wykopaliskowe na terenie Pomorza Zachodniego, w tym Cedyni i jej grodziska, rozpoczęto w 1958 r. i prowadzono z przerwami po lata 80. i dalej. Wybitni historycy zajmujący się tym problemem, profesorowie Władysław Filipowiak i Benon Miśkiewicz, na podstawie wszechstronnych analiz z zakresu historii wojskowości, topografii, archeologii, filologii umiejscowili bitwę pod znaną nam Cedynią k. Chojny. Oczywiste było już wtedy, że wyniki ich badań, w obliczu szczupłości źródeł pisanych, były hipotezą, wprawdzie dobrze udokumentowaną, ale dającą tylko ok. 90% pewności. Nie można bowiem z całą pewnością stwierdzić, że bitwa miała miejsce pod Cedynią. Nie da się jednak wykluczyć, że odbyła się właśnie tam! Stąd wielu badaczy ostrożnie, lecz jednak skłania się ku stwierdzeniu, że zapisana w kronikach biskupa Thietmara "Cidini" to Cedynia, jak np. prof. Edward Rymar.
Sugerowanie, że powojenni historycy pracowali na ideologiczne zamówienie, to jakby powiedzieć, że pracowali nierzetelnie, co jest, delikatnie mówiąc, poważnym nadużyciem. "Ideologiczną" nazwałbym raczej postawę polegającą na negowaniu w czambuł wyników badań tylko dlatego, że miały miejsce w okresie PRL-u. Zakłada ona bowiem z góry, że wszystko w tym czasie było zafałszowane, w tym praca i wysiłek ludzi nauki, a to przecież nieprawda. Przypomnijmy, że właśnie wtedy polska szkoła archeologii osiągnęła światowe sukcesy w dziedzinie badań starożytności Bliskiego Wschodu.

Czcibor czy Zdibor, bitwa czy potyczka?
Odpowiedź na pytanie, czy brat Mieszka I miał na imię Czcibor, czy - jak chce prof. Piskorski, Zdibor (wg pisowni łacińskiej "Cidibor"), rozszerza naszą wiedzę, ale dla istoty zagadnienia nie jest najistotniejsza. Wiemy przecież, że języki na przestrzeni wieków ulegały zmianom, nazwy własne spolszczano, przeinaczano. Jest faktem, że ów Mieszkowy brat z całą pewnością uczestniczył w bitwie i spuścił Hodonowi lanie.
Prof. Piskorski nazywa bitwę pod Cedynią "potyczką". Stosując dzisiejsze kryteria, można byłoby tak powiedzieć o bitce na miecze, włócznie, łuki i proce. Jak skuteczna jednak we wprawnych rękach była ta broń, wzmiankuje Thietmar: "Czcibor, zadał im klęskę, kładąc trupem wszystkich najlepszych rycerzy". Zważmy też: populację Europy w 1000 r. szacuje się na ok. 42 mln, Polski na 1 mln. Wystawienie np. 100-tysięcznej armii, co odpowiadałoby dzisiejszym wyobrażeniom, oznaczałoby, że co dziesiąty człowiek zamieszkujący państwo Polan musiałby być żołnierzem! Kto karczowałby lasy, uprawiał pola i zajmował się rzemiosłem? Żydowski kupiec i podróżnik Ibrahim ibn Jakub, opisując państwo Polan, relacjonuje: "Ma on (Mieszko) 3000 pancernych podzielonych na oddziały, a setka ich znaczy tyle, co dziesięć secin innych wojowników. Daje on tym mężom odzież, konie, broń i wszystko, czego tylko potrzebują". Owi "pancerni" to zapewne kawaleryjski trzon armii Mieszka, jak byśmy dziś powiedzieli, wojsko zawodowe. Możliwe, że na czas wojny zaciągano dodatkowe siły zajmujące się logistyką, zaopatrzeniem, taborami. Również i ci ciurowie mogli stanąć do walki jako piechota. To być może "inni wojownicy", występujący w relacji Ibrahima w proporcjach z pancernymi jak 10:1. Nawet zakładając, że Ibrahim przesadził, a część pancernych dozorowała w tym czasie pozostałe rubieże kraju, można przyjąć, że po stronie Mieszka brała udział armia liczona w tysiącach. Hodonowych mogło być nieco mniej - Sasi uchodzili wówczas za doskonale uzbrojonych i niezrównanych żołnierzy. Trudno jednak wyobrazić sobie, że bogaty margraf i doświadczony dowódca idzie na wojnę z grupką znajomych. Tak więc liczba kilku tysięcy ludzi po obu stronach wydaje się prawdopodobna.
W tamtych czasach konfrontacja militarna o takiej skali była poważnym starciem, stąd osobista interwencja cesarza Ottona I Wielkiego, bawiącego wtedy we Włoszech. Sprawę tę tak opisuje prof. Koneczny: "Gdy cesarza doszła wieść o porażce niemieckiego wojska, dotknęła go wielce i wysłał natychmiast posłów do Odona i Mieczysława, nakazując Odonowi, żeby się nie ważył wojny dalej prowadzić, a Mieczysławowi polecając, żeby się też nie mścił dalej na Niemcach, ale czekał, aż cesarz wróci. Cesarz obiecywał, że te spory sprawiedliwie rozsądzi. Skoro wrócił, zaczęli go książęta i margrafowie niemieccy podburzać na Polskę; cesarz miał jednak podejrzenie, czy mu szczerą prawdę mówią, a nie chciał krzywdzić książęcia nawróconego. Zwołał tedy zjazd do Kwedlinburga w r. 973, na który wezwał margrafa Odona, a zaprosił Mieczysława; przyjechał też Bolesław Czeski. Cesarz uznał, że słuszność po stronie polskiej, a Mieczysława ogłosił publicznie swoim przyjacielem. Za to Mieczysław uznał, że koronowany przez papieża cesarz rzymski jest pierwszym monarchą chrześcijaństwa i na znak, że taka władza cesarska, jak ją Otton I rozumie, sprawiedliwa i chrześcijańska, nie tylko nikomu nie szkodzi, ale nawet pożyteczna byłaby dla wszystkich narodów, hołd cesarzowi złożył. Hołd ten nie odnosił się do królewskiej niemieckiej korony, lecz do cesarskiej rzymskiej".
Gdyby bitwa była lokalną "potyczką", czy angażowałby się w nią cesarz, polityczny przywódca całej chrześcijańskiej Europy?

Bitwa o Cedynię
Według R. Ryssa cedynianie mają prawo do świętowania rocznic bitwy ale, jak mówi - "pod jednym warunkiem: że władze gminy, dom kultury, miejscowe szkoły i stowarzyszenia zaangażują się w oczyszczanie bitwy z dotychczasowych fałszów i naleciałości politycznych, propagandowych, ksenofobicznych. Konieczny jest zdrowy dystans bez narodowo-patriotycznego zadęcia. Bo dzisiaj tradycyjny, daleki od prawdy (...) fałszywy mit bitwy pod Cedynią może naszą tożsamość co najwyżej zniekształcić i osłabić". Zażartuję, że w obliczu wyniku bitwy z 972 r. miałbym pewne obawy przed stawianiem cedyniakom jakichkolwiek warunków... A poważnie: zgadzam się z tym, że wiedza i prawda powinny stanowić podstawę naszej tożsamości. Jednak, jak wykazano wyżej, podawane przez autora "najnowsze wyniki badań historycznych" wcale nie obalają naszej dotychczasowej wiedzy i wyobrażeń o bitwie! "Chodzi o to, by zaprzestać doszukiwania się czystości etnicznej i prapolskości tych ziem (bo się tego nigdy nie znajdzie), lecz wręcz przeciwnie: skupić się na kresowości, a więc postrzeganiu tego regionu jako wieloetnicznego i wielokulturowego". Tu też nie rozumiem intencji autora, bo przecież właśnie w opisanym przez niego kierunku szły ustalenia powojennych badaczy, które kilkanaście zdań wcześniej deprecjonuje. Dzięki nim tak wiele wiemy o lechickich plemionach Słowian, zamieszkałych na tych terenach we wczesnym średniowieczu.
Z całym szacunkiem, ale wydaje mi się, że autor trochę się zagalopował. Nie podając racjonalnych podstaw, proponuje nam całkowitą rewizję i odrzucenie tradycji, którą mielibyśmy zamienić na niewiadomego pochodzenia "produkt promocyjny reklamujący gminę na zewnątrz", a bitwę wpisaną nierozerwalnie w historyczną tożsamość Polski na bliżej nieokreśloną "kotwicę tożsamości regionalnej". Powiedziałbym nawet, że jego artykuł, w którym podpiera się profesorskim autorytetem, nosi cechy intelektualnego zastraszenia i to właśnie w nim można wyczuć nutę "naleciałości propagandowych i politycznych". Dlaczego mielibyśmy odrzucić piękną tradycję bitwy, stojącej u początku ponad 1000-letniej sekwencji wydarzeń i uporczywych wysiłków pokoleń, budujących polską państwowość? Kogo razi piękny, monumentalny pomnik wyobrażający orła spoglądającego ponad Odrą na zachód, usytuowany na wzgórzu Czcibora? Jeśli bitwa rozegrała się faktycznie w tych okolicach - jego lokalizacja jest idealna. A jeśli rozegrała się gdzie indziej? W Krakowie stoi Pomnik Grunwaldzki, ufundowany w 1910 r. przez Paderewskiego, zniszczony przez Niemców w czasie wojny i odbudowany w latach 70. Nawiasem, niektórzy twierdzą, że bitwa pod Grunwaldem była przez Polaków... przegrana! Tradycja narosła wokół bitwy pod Cedynią ma cechy narodowego mitu, nie jest to jednak "fałszywy mit". Może miejscem bitwy była "Sidzina czy Siedzina względnie Szczytno lub Sitno", jak mówi prof. Piskorski, czy może - jak twierdził w XVIII w. ks. Adam Naruszewicz - Szczecin lub jak prof. Koneczny - okolice jakiejś "rzeki Cydyna"? A jeśli to właśnie Cedynia, jak utrzymywali badacze powojenni?!
Na to pytanie prawdopodobnie nigdy nie będziemy mieli stuprocentowej odpowiedzi. Nie daje jej też Robert Ryss, który proponuje sprowadzenie jednego z ważniejszych w dziejach Polski wydarzeń do wymiaru bitki nieświadomych politycznie barbarzyńskich watażków, a obchody jej rocznic do kolorowego, pozbawionego głębszych znaczeń lokalnego jarmarku.

Nie można się na to zgodzić, nawet za cenę unijnych dotacji na projekty miękkie.

Sławomir Błęcki

do góry
2020 ©  Gazeta Chojeńska