Dzisiaj jest piątek, 14 sierpnia 2020 r.
Transodra Online
Rocznik Chojeński
Znajdziesz nas na Facebooku
„Gazeta Chojeńska” numer 06 z dnia 10.02.2009

Prezentujemy tu wybrane teksty z każdego numeru.
Wszystkie artykuły i informacje znajdują się w wydaniu papierowym.
Autochtoni w Chojnie
Ostatni, ale największy
Walentynki
Dzieci coraz mniej, koszty coraz większe
Gryfiński akcent na Berlinale
Cedynia na „Włóczykiju”
Auto dla niepełnosprawnych
Sport

Autochtoni w Chojnie

Trzy tygodnie temu informowaliśmy o nowej książce, wydanej przez szczecińskie Stowarzyszenie Czas Przestrzeń Tożsamość pt. "A ty zostaniesz ze mną". Autorką jest dziennikarka "Gazety Wyborczej" Kinga Konieczny, która rozmawiała z kilkunastoma autochtonami ze Szczecina i okolic. Cztery osoby to mieszkańcy naszego powiatu. Autorem bogato ilustrujących książkę fotografii i jej redaktorem jest prezes CPT Andrzej Łazowski. Pierwsze spotkanie promocyjne odbyło się 26 stycznia w Książnicy Pomorskiej w Szczecinie. A na drugie - również z udziałem autorów - zapraszamy w Chojnie w Miejskiej Bibliotece Publicznej (Ratusz) w najbliższy piątek 13 lutego o dość nietypowej godzinie 17.13. Jak widać, organizatorzy nie są przesądni i nie boją się dwóch trzynastek.

Podczas promocji w Szczecinie - od prawej: autorka Kinga Konieczny, prof. Jan M. Piskorski (który napisał obszerny wstęp) i Andrzej Łazowski - wydawca i pomysłodawca
"Pozostaje pytanie, na ile autentyczne mogą być historie zebrane po upływie dziesięcioleci i jak się one mają do tak zwanej wielkiej historii, o której uczymy się z podręczników szkolnych" - pisze we wstępie do książki prof. Jan M. Piskorski. "Sprawom tym humanistyka poświęca ostatnio wiele uwagi w debatach nad stosunkiem pamięci indywidualnej do zbiorowej. Coraz bardziej staje się oczywiste, że indywidualna opowieść świadka zawsze jest autentyczna, gdyż oddaje jego wizję życia i świata, nawet jeśli wizja ta podlega nieustannym zmianom i rzadko pokrywa się ściśle z opiniami innych, współcześnie żyjących ludzi. Najkrócej ujął to pewien wybitny historyk, stwierdzając, że ilu ludzi, tyle doświadczeń. (...) Dobrze więc, że założone i kierowane przez Andrzeja Łazowskiego stowarzyszenie Czas Przestrzeń Tożsamość podjęło się zadania wysłuchania, opracowania i wydania drukiem tego, co wciąż mają do opowiedzenia szczecińscy i podszczecińscy autochtoni. To już dosłownie ostatnia chwila, a trzeba podkreślić, że źródeł przedstawiających polsko-niemieckie zawikłanie losów w pierwszej połowie XX wieku nie mamy wiele. Z oczywistych powodów po wojnie ani ich zbieranie nie było w modzie, ani sami świadkowie nie mieli szczególnej ochoty o nim opowiadać. Ich wiedza i pamięć trafia najczęściej wraz z nimi bezpowrotnie do grobów, i to zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, gdzie przecież po wojnie pozostał niejeden polski robotnik przymusowy i niejeden żołnierz" - pisze profesor.

A oto bohaterowie książki.
Günter Najcel
Uwe Conradt z Nowego Warpna: "Moje serce zostało tu, na Pomorzu. Tu są inni ludzie. Bliższa jest mi mentalność Polaków niż mieszkańców Niemiec". Po niemal 60 latach wrócił do rodzinnego miasta, wybudował tu swój dom, zaprzyjaźnił z Polakami i nie żałuje decyzji o powrocie. Ilza Monika i Hasso Horst Harald Dietrich ze Szczecina: Na pierwszym spotkaniu zagadał do niej po niemiecku. Dla szpanu, chciał jej zaimponować. A ona mu odpowiedziała. Też po niemiecku. Zaniemówił. I tak się zaczęło... Renate Jachow z Kolonii (do 1957 r. w Szczecinie, do którego przyjeżdża trzy razy w roku): "Wydział społeczno-administracyjny komunikuje, że wasza sprawa wyjazdu do Niemiec została ostatecznie załatwiona odmownie. Ponownie składane podania w tej sprawie pozostaną bez odpowiedzi" - takich pism Renate Jachow ma cały stos. Jej rodzice o wyjazd ze Szczecina do Niemiec starali się przez kilka lat. Udało się dopiero w 1957 roku... Hildegarda Kalita z Radziszewa (gm. Gryfino): O tym, że zostaje w Polsce, ostatecznie zdecydowała w 1951 roku. - Musiałam wybierać, albo wyjeżdżam do Niemiec, albo przyjmuję obywatelstwo polskie - wspomina. - Tylko że ja akurat byłam w ciąży. No to wzięliśmy ślub... Henryk Kamiński z Lubicza (gm. Widuchowa), urodzony w Hindenburgu (dzisiejszym Zabrzu), na Pomorze przyjechał w 1967 r.: - Przed wojną mieszkałem na granicy niemiecko-polskiej, a teraz na polsko-niemieckiej. Szedłem do Polski, kiedy chciałem, a mieszkałem tam, gdzie się dobrze żyło. Dla mnie nie ma znaczenia, czy to Polska, czy Niemcy - mówi... Brygida Kipper ze Szczecina: - To było nie do wytrzymania, kłamstwa, kłamstwa, same kłamstwa. Przychodziłam na każdą rozprawę. Dla niego. Zawsze na niego patrzyłam. Myślę, że to mu trochę pomagało - mówi i do dziś nie potrafi zrozumieć, za co 40 lat temu został skazany jej mąż. Próbowano udowodnić mu działalność na szkodę Polski, a on był niewinny. Od tego czasu Brygida nie może pozbyć się nieufności do Polski... Inge Koman ze Szczecina (2 lata temu przeprowadziła się do Niemiec, ale niedaleko, do Grambow, gdzie - jak sama mówi - mieszka teraz więcej Polaków niż Niemców): Na krześle zawsze leżały ubrania poukładane w kolejności ubierania. Obok stała spakowana walizka. W razie alarmu kilkuletnia Inge przebierała się w rzeczy z krzesła, w rękę brała walizkę. I biegła do schronu. Czasami dwa, trzy razy w ciągu doby... Eckhard Maronn z Kamieńca koło Kołbaskowa: - Zamknął się krąg. Wróciłem tam, skąd jestem - po raz pierwszy pomyślał tak, kiedy kupował pałac w Kamieńcu. Czasem zastanawia się, co by było, gdyby jako dziesięciolatek nie wyjechał stąd w ogóle... Günter Najcel z Widuchowej: - Postawił nas pod ścianą i chciał rozstrzelać. Uczepiliśmy się z bratem mamy nóg. A on pociągnął serię po ścianie ponad naszymi głowami. Ojca zabrali i nigdy więcej go nie zobaczyliśmy. Matka nie ruszała się z Dębogóry przez lata. - Jak Fritz wróci, musi nas tu zastać - powtarzała... Ruth Irmgard Niewiarowska ze Szczecina: Od milicjanta, u którego pracowała, dostała cynk, że UB przyjdzie po nią rano. Uciekła zanim nastał ranek. Na zachód, w stronę granicy, do mamy. Mława, Olsztyn, Szczecin. Ostatni przystanek przed granicą. Tylko krok do Niemiec. Już widziała szlabany. Ale bez zezwolenia na wyjazd nie puszczali. Ona zezwolenia nie miała. Utknęła w Szczecinie... Dieter Quost z Nowego Warpna: Dwa razy byli wyrzucani z domu i dwa razy w ostatniej chwili zawracani z transportu. W końcu zostali. Choć później o wyjeździe z Polski myśleli, nigdy się na to nie zdecydowali. - Ojciec był bardzo przywiązany do tego miejsca - uważa, że to ostatecznie przeważyło... Helene Rutke ze Szczecina: - Wygnali nas z domu nagich i jeszcze pobili. A my przecież nikomu krzywdy nie zrobiliśmy. Za to tylko, że Niemcami byliśmy - 94-letnia Helene nie chce wracać do wydarzeń sprzed ponad półwieku. Po wojnie nigdy nie pojechała w rodzinne strony, nie wie, czy jej dom wciąż stoi i co się z nim przez lata działo... Janina Wypych z Widuchowej: Do Polski uciekła z rodzinnej Meklemburgii, jak tylko zakończyła się wojna. Bała się powrotu ojczyma z wojska. Pamięta, że matka bardzo płakała, ale nie była w stanie jej zatrzymać...
(tekst i fot. rr)

do góry
2020 ©  Gazeta Chojeńska