Dzisiaj jest wtorek, 29 września 2020 r.
Transodra Online
Rocznik Chojeński
Znajdziesz nas na Facebooku
„Gazeta Chojeńska” numer 12 z dnia 24.03.2009

Prezentujemy tu wybrane teksty z każdego numeru.
Wszystkie artykuły i informacje znajdują się w wydaniu papierowym.
Nasi w Berlinie
Czy Chojnę obecnie stać na muzeum, na które niewątpliwie zasługuje...
Swobodnie o Swobnicy (3)
15 lat na rzecz integracji
Postawili na drogi
Ostry finisz
Tam, gdzie pieprz rośnie (4)
Sport

Tam, gdzie pieprz rośnie (4)

Smak orientu
O osobliwościach wietnamskiej kuchni rozmawiamy z cedyńskim podróżnikiem Andrzejem Kordylasińskim

"Gazeta Chojeńska": - Jadąc do Wietnamu, miałeś jakiś program i zapewne serial paszportowy ci go zburzył? Widziałeś chociaż, jak pieprz rośnie?
- Program rzeczywiście został zburzony, ale zarazem wzbogacony, bo wyrabiając nowy paszport i wizy, podróżowałem po tym ciekawym kraju, a plantacje pieprzu widziałem na żyznej, czerwonej ziemi Równiny Centralnej.
- Wspominałeś, że do oporu objadałeś się owocami. A inne rodzime potrawy?
- Przemierzając wzdłuż kraju ponad 2 tys. km, wszędzie można coś przeżyć i zjeść coś oryginalnego. Słynna narodowa zupa pho smakowała mi inaczej w stolicy Hanoi, inaczej w cesarskim Hue, a jeszcze inaczej w Sajgonie. Albo sajgonki, czyli cesarskie naleśniki z ciasta ryżowego z nadzieniem. Nie jadłem nigdy takich samych. W Polsce też są znane, bo Wietnamczycy prowadzą u nas od 20 lat kuchnię azjatycką, zwaną ogólnie chińską.

Uliczna garkuchnia - "restauracja" na ulicy na malutkich plastikowych stołeczkach
- Pytałem o pieprz, bo mnie zaskoczyłeś mówiąc, że Wietnam jest pierwszym na świecie producentem tej przyprawy. Zawsze kojarzyłem ten kraj z zagłębiem ryżowym.
- A ja teraz będę kojarzył z ciasteczkami ryżowymi przygotowanymi na święto Tet, związane z księżycowym Nowym Rokiem. Zresztą ryż jest tam podstawą pożywienia, nawet bardziej niż w Chinach. Rośnie na północy w dolinach Rzeki Czerwonej i na południu w delcie Mekongu. Tradycja jego uprawy przywędrowała, jak wiele rzeczy, z Chin.
- Opowiadałeś, że w Chinach spożywa się go ze szczególnym szacunkiem, jak u nas chleb i symbolicznie zostawia się trochę na talerzu dla przodków.
- W Wietnamie też trzeba zostawić kąsek w miseczce, ale nie może to jednak być ryż. To oznaczałoby, że jakaś dusza w zaświatach nie otrzyma pożywienia.
- A ryż zajadają chińskim sposobem czy też europejska łyżka wyparła ten zwyczaj?
- Faktycznie, w wietnamskiej kuchni jest mnóstwo wpływów chińskich i umiejętność jedzenia pałeczkami bardzo się przydaje, ale do zupy podają także łyżkę.
Psie mięso na targu w Sapa
- Zauważyłeś jakąś różnicę między kuchnią chińską a wietnamską?
- Wietnam zachował pewną odrębność kulinarną. Jedzenie przypadło mi do gustu, bo ma mało tłuszczu. Ale smażą na sposób chiński - w woku. Jadłem też niespotykane w Chinach bagietki z rodzimymi dodatkami. Pieczywo zostawili po sobie francuscy kolonizatorzy. Zawsze do posiłku w hotelu czy restauracji dostaje się też charakterystyczny sos rybny. Lepiej nie wąchać, ale smak przedni.
- Jadłeś lub piłeś coś oryginalnego, czego u nas nie można spotkać?
- Z trunków polecałbym wężówkę, choć wbrew nazwie często zastępują ją jaszczurkami lub żabami.
- To może robili pod Francuzów?
- Być może. Ale moc swoją ma. Tak na czuja około 60 procent.
Dzięki wężówce jestem zdrowy i długo żyję - mówi Wietnamczyk spod laotańskiej granicy
- Odkażałeś się, żeby nie mieć problemów żołądkowych?
- Niestety, nie i to był chyba błąd, bo rozstroju żołądka dostałem już w pierwszym tygodniu. Higiena przyrządzania potraw jest na niskim poziomie i je się byle gdzie. Starałem się jeść ostre potrawy, bo wtedy wydziela się więcej soków żołądkowych, które zabijają bakterie. "Przejechałem się" na sałatkach. To one wraz z przyprawami charakteryzują wietnamską kuchnię.
- Znając twój stosunek do domowych czworonogów, chyba nie skusiłeś się na potrawkę z futrzaka?
- Mięsa spożywa się tam bardzo mało. Gdy byłem w górach u biednych plemion, to do zupy pho, gdzie normalnie dodawane jest mięso, tam dostawałem jajko. Mięso jedzą wtedy, gdy zwierzę jest chore i trzeba je zabić albo właściciel zachorował i potrzebuje czegoś pożywniejszego. Ale psie łebki widziałem na targu, jak szczerzyły ząbki. Dla nas to nieszczególny widok.
Rozm. Tadeusz Wójcik, fot. A. Kordylasiński

do góry
2020 ©  Gazeta Chojeńska