Dzisiaj jest poniedziałek, 27 marca 2017 r.
Transodra Online
Rocznik Chojeński
Znajdziesz nas na Facebooku
„Gazeta Chojeńska” numer 25 z dnia 17.06.2008

Prezentujemy tu wybrane teksty z każdego numeru.
Wszystkie artykuły i informacje znajdują się w wydaniu papierowym.
Gmina chce most
Już po Dniach Chojny
Wyniki gimnazjalistów: pochwała zespołów
Chwała antybohaterom
Ojczyzna to niekoniecznie kraina dzieciństwa
DNI CEDYNI 2008
Summer Music Festival na Lotnisku
Sport

Ojczyzna to niekoniecznie kraina dzieciństwa

Rok temu w Czelinie spotkali się obecni i przedwojenni mieszkańcy tej miejscowości. Teraz, 7 czerwca doszło do podobnego wydarzenia w Zielinie (również w gminie Mieszkowice). Jak podkreśliła jedna z organizatorek - Ruth Henning z Brandenburskiego Towarzystwa Niemiecko-Polskiego (DPG), w Zielinie po raz pierwszy w naszym regionie z inicjatywą takiego spotkania wyszli nie Niemcy, lecz Polacy.
Nabożeństwo ekumeniczne w kościele odprawili: miejscowy katolicki proboszcz ks. Andrzej Tychoniec i ewangelicki pastor Daniel Brüll (obecnie mieszka w Minden na zachodzie Niemiec, ale pochodzi z Cieszyna). Kluczową modlitwę "Ojcze nasz" odmówiono wspólnie po łacinie, a najważniejsze przesłanie brzmiało: "Jesteśmy dziećmi jednego Boga".

Jesteśmy dziećmi jednego Boga - mówią pastor Brüll i ksiądz Tychoniec

Wśród uczestników byli m.in.: senator Jan Olech, przewodniczący Rady Miejskiej Mieszkowic Andrzej Salwa i Elwira Profé-Mackiewicz, który miała duży wkład w przygotowanie imprezy. Po obiedzie w świetlicy wiejskiej Ruth Henning i Ewa Czerwiakowska z DPG poprowadziły rozmowy z polskimi zielinianami i niemieckimi sellinerami (do 1945 r. wieś nazywała się Sellin). Karl Kottkamp opowiadał: - Nasi rodzice przyjechali tu tuż po I wojnie światowej, bo w swoich miejscowościach nie było ani pracy, ani niczego do jedzenia. Tu im się udało. Ale gdy w 1945 roku przyszli do Zielina Rosjanie, większość napływowych osób wróciła do swych stron ojczystych, głównie do wschodniej Westfalii. Ale my kochamy tę naszą małą ojczyznę w Zielinie, bo tu się urodziliśmy i spędziliśmy dzieciństwo.

A skąd znaleźli się tu Polacy? Mówi Zofia Jarema: - Przyjechaliśmy w bydlęcych wagonach z woj. lwowskiego, ale nie z własnej woli. Wypędzili nas Ukraińcy. Wszyscy mówili, że jesteśmy tu tymczasowo i jeszcze jesienią odjedziemy. Dlatego ludzie nie pracowali. Ale gdy przyszła wiosna, trzeba się było brać za robotę. Dziś czuję, że to jest mój dom. Mam wnuki, prawnuki, męża tu pochowałam. Jak tu przyjechaliśmy, zastaliśmy jeszcze kilka rodzin niemieckich. Pokazywali nam, gdzie jest pole do każdego gospodarstwa. Przychodzili, mleko nawet od nas dostawali, bo oni już nic nie mieli.
Genowefa Bielawska: - Przyjechałam ze wsi Stara Ruta, powiat Buczacz, woj. tarnopolskie. To było z musu, bo banderowcy dwa razy napadli na naszą wioskę, spalili wszystko, wymordowali ludzi. Ja żyję dzięki Opatrzności boskiej. Gdy tu przyjechaliśmy, siostra miała maleńkie dziecko. Mój szwagier 27 kwietnia został zabity na wojnie, a 9 maja wojna się skończyła. Było tu smutno. Stamtąd wyjechaliśmy z płaczem, bo gonili nas z siekierami, a tu też był płacz na ulicach, bo ludzie musieli zostawić swoje domy. I jak mieliśmy tu mieszkać?
Niemiec Werner Lange: - Nie da się wyrazić, co tu się działo, gdy przyszli Rosjanie. To nie było tak, że przyszli i nas wypędzili. Wcześniej przez kilka tygodni był front na Odrze, uciekaliśmy z naszych domów, przenosiliśmy się raz w jedną, raz w drugą stronę, tygodniami przebywaliśmy w obcych domach. Na Wielkanoc 1945 roku ok. tysiąca osób starało się przeżyć w okolicznych lasach. Potem Rosjanie gwałcili wszystkie kobiety, nawet w ciąży i młode dziewczyny. Panował tyfus i inne choroby. Dopiero jesienią wylądowaliśmy w Westfalii.
Na krótko przed ostatecznym wyjazdem wrócili jeszcze do swoich domów w Sellinie. Pewnego dnia rosyjski komendant powiedział im: "Jest kwadrans po pierwszej. O drugiej miasto ma być puste". Po opuszczeniu domów polska milicja zakazała ponownego wejścia do nich. Od tego momentu minęły dwa miesiące, zanim niemieccy zielinianie dotarli do Westfalii. Do Helmstedt (do zachodniej granicy sowieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech) szli na piechotę.

- Oczywiście wszyscy wiemy, jak doszło do wojny. Ale my tu na wsi niewiele wiedzieliśmy, co się dzieje. Dopiero w takich sytuacjach, jak powołanie do wojska, okazało się, że coś jednak się dzieje - mówił dawny zielinianin. Innego zdania była Maria Lange (ewangelicka misjonarka): - Miałam wtedy 12 lat i nie mogę twierdzić, tak jak niektórzy mówią dzisiaj, że do 1944 roku o niczym nie wiedziałam. Wiedziałam, co działo się w Rosji, wiedziałam, że napadliśmy na Polskę. O tym rozmawiali dorośli. Dlatego trudno powiedzieć, że potem nas Polacy wypędzili.

Różnice zdań pojawiły się też przy definiowaniu małej ojczyzny. Czy zawsze jest nią kraina dzieciństwa? - Wtedy byliśmy tylko dziećmi. A mała ojczyzna to miejsce, w którym możemy żyć i to życie jakoś kreować - uważa Sieglinde Reinkensmeier, która obecnie kreuje swe życie w Michendorfie pod Poczdamem. Podzieliła się też refleksją o życiu pod jarzmem radzieckim: - Gdy żyliśmy w NRD, to zawsze mieliśmy obawy, że staniemy się kolejną republiką Związku Radzieckiego. Ale ludzie, którzy mieli trochę więcej pojęcia o świecie, mówili: "Nie, bo między Związkiem Radzieckim a NRD jest Polska. Polacy przeżyli wojnę i wszystkie okropieństwa również dzięki swej głębokiej wierze. I Polska dzięki swej wierze nie da się wprowadzić w struktury ZSRR". Dlatego Związek Radziecki do nas nie dotarł. I za to chciałam państwu podziękować - zwróciła się do Polaków.
Tekst i fot. Robert Ryss

do góry
2017 ©  Gazeta Chojeńska