Dzisiaj jest niedziela, 22 września 2019 r.
Transodra Online
Rocznik Chojeński
Znajdziesz nas na Facebooku
„Gazeta Chojeńska” numer 8 z dnia 22.02.2005

Prezentujemy tu wybrane teksty z każdego numeru.
Wszystkie artykuły i informacje znajdują się w wydaniu papierowym.
Nauczyciele potrzebują doradców
Dodatki dla nauczycieli - trudne kompromisy
Gazety ponad granicą
Cygański wieczór
Odprawa policji w powiecie
Jak Königsberg stawał się Chojną
Sklep z nadzieją
Historyczna wyprawa
Zainspirowani dawnymi mistrzami
Złoty skoczek i miotacz

Jak Königsberg stawał się Chojną

Na początku lutego minęło 60 lat od zajęcia Chojny (ówczesnego Königsbergu) przez Armię Czerwoną. Jako dzisiejsi mieszkańcy nadal niewiele wiemy o wydarzeniach tamtych dni. Dlatego chcemy przedstawić relacje niemieckich mieszkańców miasta z tego dramatycznego okresu. Dziś fragmenty relacji starosty Königsbergu Reuschera z ostatnich dni swego urzędowania w styczniu i lutym 1945 roku. Korzystamy z uprzejmości byłego mieszkańca miasta - Kurta Speera, który przekazał nam opracowaną przez siebie dokumentację z tamtego czasu. W nawiasach podajemy kursywą późniejsze polskie nazwy miejscowości oraz inne objaśnienia.

Nie wpuścić bolszewizmu
Mój syn przyjechał z frontu wschodniego na urlop i doniósł o defetystycznych hasłach, krążących wśród żołnierzy. Najniebezpieczniejsze z nich było: "Kto zdobywa ziemię, ten ujrzy ojczyznę". Nikt nie chciał umierać za straconą sprawę. Goebbelsowska propaganda mówiła o wunderwaffe, ale na froncie nikt na nią nie czekał. Czy naukowcy zajmujący się atomistyką nie byli w stanie zbudować bomby atomowej? To pytanie jest jeszcze dzisiaj bez odpowiedzi.
Ataki lotnicze ze wschodu zostawiły nasze miasto w ruinach. Biedni cywile cierpieli okropne męki. Smutne listy o stratach docierały do walczących oddziałów. Jedyną rzeczą, która zmuszała nas do walki, była myśl, że w żadnym wypadku nie wolno nam wpuścić bolszewizmu do Niemiec.
Takie były nastroje na początku tego nieszczęśliwego roku (1945). Panowała niepodzielnie okrutna zima z obfitymi opadami śniegu. Drogi były tak zaśnieżone, że przedostać się można było tylko jakimś wozem lub saniami.
Zastępca kierownika starostwa i burmistrz Küstrin (Kostrzyna, który do 1945 r. był w powiecie Königsberg) Körner zwołał 26 stycznia posiedzenie, w którym nie mogłem uczestniczyć, gdyż utknąłem w zaspie koło dworca w Jädickendorfie (Godkowie). Burmistrz Chojny Flöter nie przyjechał w ogóle, tłumacząc się napiętą sytuacją w mieście. W samochodzie byli ze mną oberstudiendirektor Wahle i oberführer SA Otto. Zawróciliśmy do Chojny.

Pochód uciekinierów
Po drodze spotkaliśmy kolumny Wehrmachtu i sztab pułku, idące z powiatu Züllichau-Schwiebus (Sulechów-Świebodzin). Żołnierze mówili, że powiedziano im o rzekomym rozwiązaniu NSDAP. Już od wielu dni przez miasto przechodziły dziesiątki kolumn z uciekinierami, którym udało się uciec przed Rosjanami. Były to wypakowane po brzegi chłopskie wozy, na których siedziały kobiety i dzieci otulone grubymi płaszczami i wełnianymi szalami. Były też różne przyczepy ciągnięte przez traktory, które jakoś zdobyły paliwo, nierzadko ktoś jechał konno wierzchem. Był to długi i żałosny pochód rozpaczy.
Ze swojego ogrzanego pokoju służbowego w starostwie (dzisiejszy budynek Straży Granicznej w Chojnie u zbiegu ul. Kościuszki i Jagiellońskiej) obserwowałem wozy ciągnięte przez okazałe pruskie konie. Powiaty Warthegau (Kraju Warty) były systematycznie opuszczane. Nasz miał za zadanie przyjąć ludzi z powiatów Hermannstadt (wcześniej Wągrowiec) i Leslau (Włocławek). Żal mi było tych uciekinierów, którzy czasami całymi godzinami czekali w wozach, gdyż zaspy blokowały drogę. Biedacy strasznie cierpieli na okrutnym mrozie. Nie zauważyłem żadnego pojazdu wojskowego udającego się w przeciwnym kierunku.
Burmistrz Flöter rozkazał na rogatkach miasta zorganizować punkty zaopatrzenia. Ludzie z lotniska przygotowali kuchnię polową, a i NSV (Nationalsozialistische Volkswohlfahrt, czyli Narodowosocjalistyczna Ludowa Opieka Społeczna) pracowała z oddaniem.
Także Pomorze już pustoszało i przygotowywało się na nadejście Rosjan.
Sytuacja militarna była następująca: oddziały sowieckie rozpoczęły 13.01.1945 r. ofensywę na dużą skalę od przyczółka mostowego (na Wiśle) w Baranowie. Front północny pod dowództwem gen. Schörnera trzymał się, lecz front środkowy załamał się. W niedługim czasie radzieckie czołgi pojawiły się na terenie powiatu Königsberg/Nm. 29.01 wszedł do mego służbowego pokoju podpułkownik Glöcken - komendant szkoły wojskowej w Meseritz (Międzyrzeczu), który wyjaśnił mi, że otrzymał rozkaz wycofać się do Schwerina w Meklemburgii. Poznałem tego podpułkownika podczas kursu dla dowódców batalionów szturmowych w listopadzie 1944. Na moje pytanie o sytuację na froncie odpowiedział, że nie jest chyba tak źle, skoro führer nie rozkazał ewakuować słynnej szkoły podchorążych w Metz. Przenocowałem go u siebie, a następnego dnia rano wyruszył ze swym elitarnym oddziałem do Meklemburgii.
Telefonicznie powiadomiono mnie z urzędu powiatowego w Kostrzynie o dużej wyrwie we wschodnim froncie i o tym, że niektóre oddziały już nie walczą. Ciągle też nadciągały kolumny uchodźców, które przejeżdżały przez Königsberg. "Z drogi, z drogi!" - nikt nie chciał wpaść w ręce Rosjan. Choć obowiązywał nas zakaz opuszczania miasta, byliśmy gotowi w razie niebezpieczeństwa ratować się pieszą ucieczką w kierunku mostów na Odrze w Schwedt.

Ewakuacja zabroniona
Burmistrz Flöter ogłosił siejący grozę raport, oparty na zeznaniach uciekinierów z Kraju Warty. Mówił, że polscy kolejarze zawieźli uciekających ze wschodu z powrotem prosto w ręce Rosjan. Mrozy stały się tak okrutne, że dzieci zamarzały w ramionach matek w otwartych wagonach. Zamarznięte dzieci wyrzucano podczas jazdy z pociągu, wskutek czego pola przy torach i nasypy zasłane były maleńkimi zwłokami.
Tym sposobem napięcie w Königsbergu narastało. Świadomość nadciągających Sowietów i myśl, że nie mamy już prawie żadnych oddziałów walczących tam na froncie oraz rygorystyczny zakaz opuszczania tego obszaru - to wszystko było ciężką próbą dla moich nerwów. Ludność okoliczna też nie miała lekko po tym, jak gauleiter i komisarz obrony Rzeszy Stürtz ogłosił przez radio ze swej kwatery głównej w Poczdamie: "Brandenburgia nie ewakuuje się, Kurmark nie ewakuuje się. Kto nie będzie przestrzegał tego rozkazu, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności", czyli rozstrzelany albo powieszony. Ten rozkaz przekazano mi w ostatniej rozmowie telefonicznej z przewodniczącym departamentu gospodarczego powiatu w Kostrzynie - Scheiderem, który sam niedługo potem razem z żoną popełnił samobójstwo w kostrzyńskiej twierdzy.
28 stycznia przyszedł do mnie burmistrz Flöter i czynił mi zarzuty z powodu pogłoski, że starosta chce uciekać. On sam miał już gotowy do drogi wóz na Nikolaistrasse (dziś ul. Łużycka). Mieszkańcy byli oburzeni. Nie mogłem go uspokoić i w końcu dałem temu spokój, a on wyjechał. Siedem dni później Flöter został powieszony w Schwedt za ucieczkę przed wrogiem.

Po tych tragicznych wydarzeniach po południu ostatni raz pojechałem w teren. Największe zaspy były rozgarnięte tak, żeby można było przejechać samochodem. Najpierw pojechałem do rodziny Badicke do Schönfeld (Sitna). Tam już wszystko było spakowane, a wozy stały gotowe do drogi. Walizy, kufry i skrzynie czekały na załadowanie. Wartościowe obrazy olejne wycięto z ram i zwinięto razem. Jeden z wozów został przygotowany specjalnie dla dzieci. Cały był udekorowany obrazkami.
Z Sitna na krótko pojechałem jeszcze do hrabiego Finkensteina w Trossin (Troszynie), aby opisać mu sytuację. Na końcu odwiedziłem mego przyjaciela Karla Erika Baartha - przewodniczącego Rady Powiatu. Do niego należały dobra szlacheckie w Voigtsdorfie (Kurzycku). Znalazłem go w jego ulubionym miejscu: pozbawionej telefonu leśniczówce, którą zarządzała rodzina Birr.
Tę ostatnią przejażdżkę po powiecie odbyłem z moim synem, który był akurat na urlopie. Mimo napiętej sytuacji udało nam się spędzić tam miły wieczór, lecz kiedy wracaliśmy przez zasypaną śniegiem okolicę, baliśmy się, że napotkamy jakiś rosyjski czołg.

Reuscher donosi później, że Baarth i rodzina Birr z córką wyruszyli następnego dnia, ale nad Odrą pewien volkssturmista powiadomił ich, że tam, dokąd zmierzają, są już Rosjanie. Kobiety wpadły na ryzykowny pomysł powrotu do Kurzycka, a następnego dnia do Güstebiese (Gozdowic), gdzie chcieli przedostać się przez zamarzniętą Odrę. Wpadli jednak w ręce Rosjan. Baarth i raniony podczas wojny (z amputowaną nogą) syn leśnika Birra zostali natychmiast rozstrzelani. Kobiety oszczędzono i zmuszano potem do pracy.
Cdn.
Tłum. Jakub Ryss

do góry
2019 ©  Gazeta Chojeńska